
W żółto-czerwonych barwach od dziecka. Moja koronna historia.
Zwykły kibic, w którego żyłach od ponad 20 lat płynie żółto-czerwona krew, dzieli się swoimi wspomnieniami, od pierwszego meczu na Szczepaniaka, po największe radości i rozczarowania.
Czołem, Koroniarze!
Wraz z nową, odświeżoną wersją Koronnego Licznika pojawiam się również ja — zwykły kibic, w którego żyłach od mniej więcej 22 lat płynie żółto-czerwona krew. Co jakiś czas w tym miejscu będę Was raczył różnego typu tekstami na temat naszej ukochanej drużyny. Zazwyczaj będą to moje subiektywne przemyślenia, wspomnienia i historie związane z klubem, ale również sprawy czysto sportowe.
Początki na Szczepaniaka
Na początku chciałbym Wam jednak opowiedzieć, jak to się wszystko zaczęło. Na Koronę pierwszy raz zabrał mnie ojciec. Miałem 3–4 lata, zapewne był to sezon 1996/1997, lecz pewności nie mam. Trudno mi sobie również przypomnieć, kto był wówczas rywalem Korony i jaki był wynik tego meczu, ale nie wiem czemu — po głowie chodzi mi, że było to spotkanie z Ładą Biłgoraj. Oczywiście zawody rozgrywano na stadionie przy ul. Szczepaniaka, czyli w miejscu, do którego mam ogromny sentyment. Potem byłem jeszcze na kilku spotkaniach, ale również nieszczególnie zapadły w mej pamięć.
Przełomowy był rok 2003 i mecz z Siarką Tarnobrzeg, wygrany przez nasz MKS 3:1. To właśnie wtedy złapałem prawdziwego bakcyla na Koronę. Młodszym kibicom przypomnę tylko, że mówimy o III lidze (obecnie byłaby to druga liga), a więc poziom — mówiąc wprost — nie powalał. Wtedy wydawało mi się jednak, że to najwspanialszy mecz, jaki oglądałem w życiu. Pierwszą bramkę z rzutu karnego zdobyła legenda Korony, Przemek Cichoń, a dwa trafienia dołożył Wojtek Małocha (był to chyba jego najlepszy mecz w Koronie).
Od tej pory nieprzerwanie goszczę na naszych trybunach — najpierw na Szczepaniaka, a teraz na Ściegiennego. Zarówno na jednym, jak i na drugim stadionie przeżyłem lepsze i gorsze chwile. Szczególnie miło wspominam:
gola Tomasza Michalskiego, zdobytego po wspaniałym strzale przewrotką w meczu z Tomasovią Tomaszów Lubelski,
bramki świętej pamięci Adama Grada — napastnika, który wpadał w obrońców jak „dzik w sosny” i za dzieciaka robił na mnie niesamowite wrażenie,
ćwierćfinałowy mecz Pucharu Polski z Legią Warszawa, kiedy to stadion przy Szczepaniaka „pękał w szwach”, gromadząc ponad 10 tysięcy ludzi.
Co tam się wtedy działo! Ludzie bez biletów przeskakiwali ogrodzenie, a ścisk był tak niesamowity, że co niektórzy siadali na drzewach oraz bandzie reklamowej, umieszczonej od strony „górki”, by tylko móc zobaczyć to spotkanie. Nie brakowało także awantury (niestety, z tego co pamiętam, jeden młody kibic z Kielc dostał od „niebieskich” gumową kulką w oko), a i na boisku Korona pokazała klasę, remisując 1:1. Bramkę zdobył młodziutki wtedy Kamil Kuzera.
Z perspektywy czasu każde spotkanie na Szczepaniaka było dla mnie wyjątkowe. To właśnie tutaj po raz pierwszy poczułem stadionowy klimat, zobaczyłem pierwsze piro, zjadłem stadionową „giętą”. Również na tym boisku świętowałem wraz z piłkarzami i innymi kibicami historyczny awans do Ekstraklasy oraz obejrzałem pierwsze spotkanie na najwyższym szczeblu rozgrywek — z Cracovią. Nic więc dziwnego, że obiekt na Szczepaniaka darzę szczególnym uczuciem i zawsze lubię tu wracać, choćby na mecze rezerw. Żałuję tylko, że stadion nie doczekał się nigdy oświetlenia z prawdziwego zdarzenia. Myślę, że mecz na Szczepaniaka przy „luxach” to wydarzenie, które wielu kibiców z tamtego okresu chciałoby zobaczyć.
Największe rozczarowanie i nowa era
Najgorsze wspomnienie związane z Koroną? Pewnie myślicie, że wymienię spadek, karną degradację do pierwszej ligi lub problemy finansowe i wegetowanie na garnuszku miasta. Nic z tych rzeczy. Najgorsza rzecz, jaka mnie spotkała, to otwarcie nowego stadionu przy Ściegiennego. Jak to możliwe? Już tłumaczę.
Pamiętam, że euforia związana z budową i inauguracją nowego stadionu była ogromna. Kolejki po wyrobienie karty kibica oraz bilety na pierwsze spotkanie z Zagłębiem Lubin były ekstremalnie długie — każdy chciał zobaczyć ten mecz na żywo. Wszyscy na osiedlu i w szkole rozmawiali tylko o tym. Kiedy ojciec wszedł do domu z biletami, byłem najszczęśliwszym dzieciakiem na świecie. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, co mnie czeka. Za rogiem czaiło się zapalenie płuc i czterdziestostopniowa gorączka. Chociaż bardzo chciałem — musiałem odpuścić. Skończyło się na jednoczesnym płaczu i słuchaniu relacji meczowej w radiu. Na domiar złego choroba mocno się przedłużyła i kolejne spotkania — z Pogonią Szczecin i Arką Gdynia — również musiałem odpuścić.
Nagrodą za te smutne dni było okazałe zwycięstwo Koroniarzy nad Górnikiem Zabrze, które wreszcie mogłem zobaczyć na żywo, chociaż tak naprawdę bardziej niż mecz interesowała mnie wtedy nowa arena. Powiem Wam szczerze — „kopara” mi opadła. Na tamte czasy był to obiekt, którego zazdrościła nam cała Polska, i nie ma w tym krzty przesady. Na mecze przyjeżdżali ludzie show-biznesu, dziennikarze, aktorzy, muzycy. Stadion w Kielcach był powiewem świeżości i europejskości (choć, jak już wyżej wspomniałem, osobiście wolałem i zawsze będę wolał Szczepaniaka).
Jednak żebyście nie myśleli, że mam jakieś uprzedzenia co do naszego „domu” przy Ściegiennego — co to, to nie. Tutaj również przeżyłem niezapomniane chwile, jak choćby wygraną 3:2 z Wisłą Płock w pierwszym półfinałowym meczu Pucharu Polski w sezonie 2006/2007 (przypomnę, że przegrywaliśmy już 0:2). Zaryzykuję stwierdzenie, że ryk po wyrównującej bramce Piotrka Bagnickiego i zwycięskim trafieniu Marcina Robaka był najgłośniejszy w dotychczasowej historii Korony na Ściegiennego. Ewentualnie można porównać go do euforii po golu Jacka Kiełba w finale baraży z Chrobrym.
Wracając jeszcze do Pucharu Polski z sezonu 2006/2007 — rewanż w Płocku skończył się 1:1 i wywalczyliśmy upragniony finał. I w tym momencie przypomniałem sobie, że mam jeszcze jedno druzgocące wspomnienie związane z moim ukochanym klubem. Oj tak, po przegranym finale z Groclinem czułem niesamowity smutek, już wyobrażałem sobie europejskie puchary i to moje marzenie towarzyszy mi po dziś dzień.
Mam jednak nadzieję, że w nadchodzącym sezonie będziemy mieli wiele powodów do radości , a obecni zawodnicy zapiszą się w historii Korony złotymi zgłoskami. W końcu trzeba kiedyś zacząć rezerwować bilety do Kazachstanu lub Wysp Owczych, prawda? Może jestem bardzo naiwny, ale wierzę, że top 4 jest do zrobienia. Bo z kim jak nie Jackiem Zielińskim i Łukaszem Maciejczykiem u steru? Inaczej moim jedynym europejskim wspomnieniem związanym z Koroną pozostanie towarzyski mecz z Borussią Dortmund.
Chciałem się Wam przedstawić w stylu „krótko i na temat”, ale niestety się nie udało (pewnie i tak mało kto dotarł do tego momentu, a jeśli są takie osoby to bardzo mi miło). Trudno się dziwić, jak na Koronę chodzi się już ponad połowę swojego życia. Skupiłem się głównie na moich początkach, celowo pomijając późniejsze lata, po pierwsze dlatego, że większość bardzo dobrze je pamięta, a po drugie dlatego, że nie były one zbyt owocne. Gdybym chciał napisać wszystko, musiałaby powstać książka. Do następnego…
Powiązane artykuły

Mecz o wszystko: Korona - Widzew
Korona Kielce staje przed najważniejszym sprawdzianem w tym sezonie, mając utrzymanie w Ekstraklasie całkowicie we własnych rękach. To czas, by zapomnieć o niedawnych porażkach i przy wsparciu pełnych trybun Exbud Areny stoczyć zwycięski bój z łódzkim rywalem.

Złoto, krew i wiara. Korona jedzie do Częstochowy walczyć o życie!
Raków Częstochowa i Korona Kielce zmierzą się w 31. kolejce Ekstraklasy, próbując przełamać trwający od tygodni marazm i niepewność. Dla Żółto-Czerwonych, mocno uwikłanych w walkę o utrzymanie, to spotkanie o być albo nie być, w którym muszą przypomnieć sobie o swoim największym atucie – niezachwianej wierze w zwycięstwo.

Korono, żyj! Czas przerwać ten sen
Porażka w Szczecinie zostawiła w nas wściekłość. Przyjeżdża Arka, by nas upokorzyć, ale to my mamy rządzić w Kielcach. Dość strachu i marazmu – jutro na Exbud Arenie walczymy o wszystko. Na 1973%!